Artykuł Czwarty.pl

Polityka

Rząd rozwiązuje problem alkoholowy...

gorzała.jpg

Unijni biurwokraci wymyślili, że wprowadzenie minimalnej ceny na wyroby alkoholowe i ograniczenie dostępności tychże zmniejszy spożycie i sprawi, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ludzie przestaną chlać. Nie wiem, może we Francji, Niemczech czy krajach skandynawskich takie rozwiązanie zadziała, ale...

Popiera to polski rząd w ramach Narodowego Programu Profilaktyki i Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, który ma – według planów – zacząć obowiązywać od stycznia przyszłego roku. Zgodnie z założeniami cena najtańszej butelki wódki (0,5 l) nie mogłaby być niższa niż 32 złote a piwa 4 złote. Do tego planowane jest ograniczenie punktów sprzedaży alkoholu zgodnie z rekomendacją Światowej Organizacji Zdrowia – ma być nie więcej niż jeden na tysiąc mieszkańców. W efekcie:

 

1. Dziś, zwłaszcza w miastach, sklepów sprzedających wyroby alkoholowe jest dość sporo, w każdym niemal spożywczaku można dostać piwo a w większości również mocniejsze trunki. Po wejściu w życie nowego ustawodawstwa trzeba będzie ich ilość ograniczyć poprzez odebranie części z nich koncesji. Oczywiście w pierwszej kolejności stracą je małe biznesy, nie mające tak potężnej siły przebicia jak hiper- i supermarkety. W efekcie większość z nich zostanie zamknięta, bo utrzymują się na powierzchni głównie dzięki sprzedaży piwa i/lub wódki.

 

2. Ograniczenie dostępności pociągnie za sobą spadek sprzedaży a ten – zmniejszenie produkcji i zatrudnienia przez wytwórców trunków. Wzrośnie oczywiście bezrobocie, ale tym niemiłosiernie nam panująca koalicja robotniczo – chłopska najwyraźniej się absolutnie nie przejmuje i pod uwagę problemu nie bierze.

 

3. Zmniejszenie produkcji oczywiście dotyczyć będzie tylko legalnych firm trudniących się destylacją i warzeniem, eldorado czeka zaś bimbrowników i przemytników spirytusy zza wschodniej granicy. Wzrośnie związana z alkoholem przestępczość i rozkwitnie szara strefa, zarówno hurtowa jak i detaliczna, co snu z powiek zadowolonym z siebie pomysłodawcom jakoś spędzać nie chce.

 

4. Spadną dochody budżetowe z tytułu akcyzy i innych podatków płaconych przez branżę spirytusową, przy jednoczesnym wzroście wydatków na walkę z rozkwitającą przestępczością. Scenariusz prawie dokładnie taki sam (choć w złagodzonej wersji) jak ten, który przerabiały już Stany Zjednoczone w czasie prohibicji.

 

5. I wreszcie najważniejsze – żadne ograniczenia nie sprawią, że ludzie przestaną pić. Moczymorda na gorzałę pieniądze zawsze znajdzie, często kosztem własnych dzieci, co najwyżej będzie spożywał trunki gorszej jakości rujnując sobie zdrowie w szybszym tempie i zwiększając koszty leczenia chorób związanych z nadużywaniem alkoholu.

 

Reasumując: genialny pomysł rozwiązywaczy problemów alkoholowych będzie skutkował upadkiem drobnego handlu, wzrostem bezrobocia, spadkiem dochodów budżetowych, rozkwitem przestępczości i sprawi, że głodne i zaniedbane dzieci alkoholików będą jeszcze bardziej głodne i zaniedbane. Ale sukces będzie, bo statystyczne spożycie spadnie – oczywiście tylko to liczone według oficjalnych, legalnych danych – a za sukcesem posypią się premie, medale, awanse.

 

A przy okazji będzie można zwiększyć uprawnienia policji i służb by mogły skuteczniej walczyć z rosnącą przestępczością, co pozwoli skuteczniej złapać społeczeństwo za twarz. I chyba właśnie o to chodzi...